OMAN. Cześć 3. Dibab - Fins - Maskat - Dimaniyat Islands

 

19.02 czwartek (Dibab - Fins 30 km x2)

Plan na dziś - nic nie robić. A właściwie robić dużo - ale w stroju kąpielowym - pływać, opalać się, spacerować po plażach, mijać się z osiołkami,  chłonąć urok omańskich krajobrazów. 

Eksplorowałam bez pośpiechu obszar 30 km pomiędzy Dibab a Fins. Wczoraj zajechałam tu przypadkiem na uroczą plażę, na którą planowałam dzisiaj wrócić na dłużej. Ale bij zabij - nie mogłam jej odszukać. Narzekać jednak nie mogłam, tu każda plaża pretenduje do  bycia tą najpiękniejszą. Zakotwiczyłam się w końcu w małej idealnie piaszczystej zatoczce. Taki piasek, który skrzypi pod stopami i wygląda jak przesiany przez sito dla perfekcjonistów. A w nim – życie. Małe stworzonka czające się w norkach, mikroskopijne kraby biegnące bokiem z prędkością światła, jakby ktoś krzyknął: „Turystka idzie!”. Poza tym zero ludzi. Zero parawanów. Zero sprzedawców kukurydzy. Tylko ja i świadomość, że gdybym tu została na tydzień, nikt by tego nie zauważył.

Po 2 czy 3 h postanowiłam obejrzeć jeszcze kilka plaż. Ciągle mnie męczyła ta wczorajsza. W końcu - jest! Charakterystyczne formacje skalne przypominające krokodyle patrzące na morze, piasek i trochę kamyczków,  które wczoraj ułożyłam w napis OMAN. Dziś po napisie ani śladu. Jestem pewna, że woda je zmyła, no bo bez jaj - ludzi to tu nie ma! I znowu leżenie, pływanie, wpatrywanie się w horyzont. Relaks idealny. Raj. Żadne konkretne miejsce, żadna konkretna plaża. Raj ogólny. Jeśli czegoś nie możesz znaleźć, prawdopodobnie już tam jesteś.




W ogóle...no comment...

Kalkulacja bieżących kosztów:

Paliwo: 34 zł

Posiłek w barze: 27 zł 

3 noclegi: 422 zł


20.02 piątek (Dibab - Maskat 170 km, Dimaniyat Islands - rejs)

Pobudka kolo 5:30. Na wakacjach. Dobrowolnie. Cel: być o 8:30 w porcie w Maskacie na wycieczkę "pływanie z żółwiami”. Wyjechałam wcześnie, bo to 160 km. Za wcześnie. Rezerwa czasu taka, że spokojnie mogłabym jeszcze po drodze otworzyć budkę z falafelami. Więc co robi ambitny turysta z nadmiarem czasu? Jedzie zwiedzać meczet.

Plan był piękny. Skoro już jestem tak zorganizowana (raz w życiu), to zobaczę jeszcze Wielki Meczet Sułtana Kabusa. Podjeżdżam. Monumentalnie. Dostojnie. Biały marmur, kopuły, minarety. Ja – w trybie „kulturalna i poważna”. I wtedy rzeczywistość: ramadan, piątek. Czyli w wolnym tłumaczeniu: „Dziękujemy za entuzjazm. Prosimy spróbować kiedy indziej.”

W porcie już bez niespodzianek. Łódka, płetwy, maski i grupa ludzi. Kierunek: Wyspy Dimanijat. Woda z każdą minutą robiła się coraz bardziej turkusowa, a ja zaczęłam rozumieć, dlaczego Oman nie musi mieć billboardów reklamowych. Snurkowanie z żółwiami urocze. W praktyce wygląda to tak, że próbujesz wyglądać spokojnie, a w środku krzyczysz z entuzjazmu jak dziecko w zoo. Żółwie totalnie niewzruszone.

Ja – przeżycie życia.

One – „kolejna turystka, dajcie spokój".

Po snurkowaniu – plażowanie. Biel piasku. Turkus wody. Skały w tle. Wyspa niezamieszkała. Klimat jak z pocztówki z Azji Południowo-Wschodniej. Brakuje tylko kokosa z parasolką (choć pewnie i to dałoby się ogarnąć). Leżę na piasku na wyspie, która jest rezerwatem i  do której można dopłynąć tylko łodzią za pozwoleniem Ministerstwa Ochrony Środowiska. Cisza. Zero hoteli. Zero muzyki z głośników. Tylko wiatr i fale. I ci ludzie z łódki. Czy tam trzech łódek... 

Po całym dniu morskich wzruszeń przyszedł czas na prozę życia: meldunek w wynajętym pokoju. Właścicielem jest Hindus. Mieszka obok z dorosłą córką. A może „obok” to za dużo powiedziane. Istnieje spora szansa, że mój pokój jest po prostu sprytnie wydzieloną częścią jego mieszkania. Wszystko jednak prywatne i w pełni funkcjonalne. Klucze przekazane, zasady minimalne, kontakt ograniczony do uśmiechu przy powitaniu. Potem właściciel znika z mojego życia na zawsze.

Wieczorem idę na spacer po plaży. Przyzwyczajona do ostatnich dni, spodziewam się ciszy, pustki, ewentualnie jednej kozy medytującej nad sensem życia. A tu… ludzie. Dużo ludzi. Samochody zjeżdżają niemal nad samą wodę. Z bagażników wyjeżdżają krzesełka, stoliki, grille. Rodziny rozkładają się z logistyką godną małej operacji wojskowej. Dzieci biegają, ktoś nalewa herbatę, ktoś rozpala węgiel. I nagle dociera do mnie oczywistość: To jest Maskat. Stolica. A nie wyludnione wybrzeże, gdzie jedyną konkurencją do zachodu słońca była jaszczurka. Plaża żyje. Tętni. Oddycha. A ja stoję z miną osoby, która zapomniała, że świat jednak nie kręci się wyłącznie wokół jej „dzikich miejsc”.

Na zakończenie podróży postanawiam zaszaleć. Dziś żadnego taniego koffee shopu z plastikowym krzesłem i herbatą za równowartość jednej złotówki. Dziś – elegancki bar przy plaży. Otwarty bufet. Szwedzki stół. All inclusive. Jedz, ile chcesz. Dokładaj bez ograniczeń. W mojej głowie rozbrzmiewa hymn zwycięstwa. Nakładam ryż z sosem. Coś aromatycznego. Coś grillowanego. Coś, czego składu nie potrafię określić, ale wygląda ambitnie. Wracam do stolika. Siadam. Widelec w dłoń. I wtedy podchodzi kelner. Bardzo uprzejmy. Bardzo spokojny.

– Proszę nie zaczynać jeść jeszcze przez kilka minut. Do zachodu słońca. Ramadan.

Zamieram. Patrzę na talerz. Na parujący ryż. Na sos, który właśnie przestaje parować. Patrzę na słońce, które – mam wrażenie – specjalnie dziś zachodzi wolniej.

Oczywiście wiem. Szanuję. Rozumiem. Jeść w dzień podczas ramadanu – nawet będąc turystą – po prostu nie wypada. Więc siedzę. Wpatruję się w horyzont jak mistyk. Czuję zapach jedzenia jak węchowy test charakteru. Wokół cisza napięcia. Wszyscy czekają. Jakby całe miasto miało wstrzymany oddech. I w momencie, gdy słońce znika za linią morza – następuje zbiorowe, niemal ceremonialne „teraz”. Pierwszy kęs smakuje podwójnie. Może nawet potrójnie. Bo Oman uczy jednej ważnej rzeczy: Czasem trzeba chwilę poczekać. Nawet jeśli stygnie ryż.



Spotkania z żółwiami 


Kolacja nad Zatoką Omańską


Kalkulacja bieżących kosztów:

Wycieczka żółwie: 285 zł

Nocleg Maskat: 74 zł 


TIPY dla turystów:

Wycieczkę snurkowanie z żółwiami wykupiłam przez Booking dzień wcześniej, 285 zł, w cenie płynięcie łódką (koło 40 minut w jedną stronę, mocno wieje!), sprzęt do snurklingu, lekkie przekąski i napoje na łodzi, 1h snurkowanie (żółwie faktycznie są), 1,5 h plażowania w ładnym miejscu. Brak sklepów. 

Maskat - na wejściu do sklepów, marketów są informacje o stroju - prośba o zakrycie ramion i kolan przez kobiety. 


21.02 sobota 

Druga próba zwiedzenia Wielkiego meczetu sułtana Quaboosa. Tym razem – sukces.

Budowla monumentalna. Symetryczna. Wypolerowany do granic przyzwoitości  marmur tak czysty, że człowiek z zawstydzeniem myśli o swoich płytkach w łazience. Żyrandol ze trzy razy większy niż pokój w którym 3 tygodnie temu nocowałam w Marakeszu.  Dywan, na którym podobno zmieści się kilka tysięcy wiernych Muzułmanów. Stoję, podziwiam i myślę: "No dobrze, Omanie. Wygrałeś. Możesz już oddać mnie mojej cywilizacji.”

Potem oddaję auto do wypożyczalni. Samochód, który dzielnie znosił asfalt, piach, kozy, osiołki i moje nawigacyjne decyzje typu „a zobaczmy co jest za tą wydmą”. Kluczyki oddane. Zostaje plecak i perspektywa trzech przesiadek lotniczych. Bo przecież bez wyzwań byłoby za łatwo.

Pierwsza przesiadka – Arabia Saudyjska. Ponad 10 godzin. Myślę sobie: "Zostanę na lotnisku. Bez wizy. Będzie tanio, będzie sprytnie.” Nie. Okazuje się, że wizę i tak trzeba kupić. Podróż drożeje o prawie 400 zł. W zamian dostaję możliwość opuszczenia lotniska w Dammam. Brzmi obiecująco. Wychodzę. I wtedy odkrywam, że „opuszczenie lotniska” nie oznacza „dotarcie gdziekolwiek”. Wokół jest wielkie nic. Idę główną drogą. Idę dalej. Mijają mnie samochody, które ewidentnie wiedzą, dokąd jadą. Ja nie wiem. Lotnisko nie dało wifi. Nie pomyślałam wcześniej, by ściągnąć mapy ofline Arabii.  Po prawie dwóch godzinach marszu nadal nie docieram do niczego, co nie byłoby kolejną odsłoną pustyni.  Siadam pod billboardem przy drodze. Cień luksusowy, bo sponsorowany przez reklamę czegoś, czego nie potrzebuję. Siedzę tam dobrą godzinę, słońce już zaszło. Wpatruję się w piaskowe wzniesienia i postanawiam, że za nimi jest morze. Bo przecież musi być. Szukałam go. Należy mi się. Nie widzę go, ale duchowo – kąpię się.

Potem jeszcze przesiadka w Stambule i Kiszyniowie.  Podróż obiektywnie męcząca. Subiektywnie – trochę ją lubię. Jest coś w lotniskach.To dziwne poczucie zawieszenia: nikt tu nie mieszka, a wszyscy są przejściowo. Ludzie w klapkach lecący na drugi koniec świata. Biznesmeni śpiący z otwartym laptopem. Dzieci jedzące frytki o 3 nad ranem. Ja też jestem „pomiędzy”. Nie lubię latać. Start to moment, w którym nie potrafię nawet udawać odwagi. Turbulencje to czas refleksji nad wszystkimi życiowymi decyzjami. Ale lubię bycie w drodze. To poczucie, że jeszcze nie trzeba rozpakowywać walizki. Że można siedzieć na podłodze przy bramce i nikt nie oczekuje, że będziesz produktywną jednostką społeczeństwa.






Spacer do nikąd na przesiadce w Arabii Saudyjskiej 

TIPY dla turystów:

W meczecie sułtana Quaboosa obwiązują bardzo restrykcyjne przepisy jeśli chodzi o strój. Kobiety powinny mieć zakryte nogi aż do kostek i ręce aż do dłoni oraz włosy,  żadnego dekoltu, żadnego odkrytego brzucha czy prześwitujących ciuchów. Panowie długie spodnie. 

Wstęp jest wolny. Można zwiedzać od 8 do 11 poza piątkiem. 


Dziś gdy to piszę świat znowu zmalał o Iran i Izrael, o kilka państw Bliskiego Wschodu, do których aktualnie nie da się polecieć, podróżować. To jest takie smutne, gdy świat definiuje polityka i konflikty. Na Facebooku pojawia mi się właśnie przypomnienie podróży do Izraela, którą odbyłam dokładnie przed dziewięcioma laty. Dziś już się nie da. Najwyraźniej mam  farta, bo Lwów i Ukrainę też zwiedzałam, gdy w Odessie zaczynały się już zamieszki, ale jeszcze nie wybuchła pełnowymiarowa wojna.  Doceniam, że zdążyłam z Omanem, zanim niebo nad Zatoką Perską stanęło w ogniu bomb.

Komentarze