13.02 piątek
Ogólnie to nie jestem zabobonna, ale ten piątek wpisał się w kanwy 13go niestety ale pierwszorzędnie. Miał być lot z Berlina do Stambułu, tam przesiadka z rezerwą czasu ponad 2 h, czyli tak akurat, żeby rzucić okiem na lotnisko i ogarnąć bramkę wylotową. Życie zweryfikowało plany tuż przed tym, jak wysiadłam z flixbusa na lotnisku w Berlnie. Pegasus Airlines informował uprzejmie poprzez mój telefon, że lot który miał się odbyć o 15:25 odleci dopiero o 18. Powodów – brak. Brak także takiej informacji na wyświetlaczach na lotnisku aż do ostatniej chwili. Jednak wiadomość w telefonie okazała się prawdziwa.
Stambuł miał być tylko krótkim przystankiem w drodze dalej. Ot, szybka przesiadka, herbata za milion lir i lecimy. Wszechświat uznał jednak, że potrzebuję duchowej lekcji cierpliwości i szybkiej szkoły radzenia sobie w zaistniałej nieoczekiwanie sytuacji.
Samolot wyleciał faktycznie z prawie 3 godzinnym opóźnieniem i choć łudziłam się, że drugi samolot może poczeka lub będzie także opóźniony – aplikacja na telefonie tym razem uparcie milczała. W momencie lądowania wiedziałam już jedno: mój samolot przesiadkowy właśnie macha mi skrzydełkiem na pożegnanie.
Tablica odlotów utwierdziła mnie w tej pewności...
Pegasus Airlines to tureckie linie lotnicze, zatem bez problemu znalazłam ich kontuar na lotnisku w Stambule. Już wiedziałam, że nie tak szybko polecę dalej. Ale w głowie miałam wizję hotelu, kolacji i może nawet szczoteczki do zębów w pakiecie "przepraszamy za niedogodności:. Rzeczywistość była bardziej minimalistyczna.
-Oczywiście, wystawimy pani nowy bilet.
-Świetnie. A hotel?
Nowy lot był. Następnego dnia wieczorem. Noclegu brak. Posiłku brak. Empatia – w wersji demo.
Zostałam więc oficjalnie "zaopiekowana" w formie wydrukowanego biletu na dobę później niż przewidywał mój plan. I niż przewidywał mój Booking dwóch pierwszych hoteli w Omanie... Ale pierwsze co to musiałam ogarnąć spanie, gdyż zbliżała się już północ.
Znalazłam nocleg, znalazłam transport, kolację sobie już darowałam. Hotel był 3 km od lotniska, ale że załatwiałam go w punkcie na lotnisku oferującym również transport do hoteli – zostałam dowieziona pod same drzwi.
Lotnisko Stambuł
Kalkulacja kosztów na bieżąco
Bilety lotnicze Berlin – Muskat - Wrocław: 1818 zł
Hotel Stambuł na szybko z podwózką: 250 zł
14.02 sobota
Następny dzień spędziłam spacerując po klimatycznych dzielnicach przylotniskowego Stambułu, grzejąc w parku twarz w słońcu i udając, że dokładnie tak miało być od początku. Zamiast lotniskowego kanapko-batona miałam świeżego kebaba, zamiast niewygodnego krzesła przy bramce – widok na budzącą się wiosnę, zamiast huku silników samolotu – nawoływania wiernych z minaretów.
Oczywiście, mogłabym napisać oficjalną skargę (i kto wie, może jeszcze napiszę). Ale prawda jest taka, że ta sytuacja nauczyła mnie pewnej rzeczy: czasem najbardziej irytujące momenty w podróży zamieniają się w całkiem dobre wspomnienia. Nie zdążyłam na samolot przesiadkowy, za to zdążyłam na wschód słońca w mieście, które łączy Europę i Azję. I szczerze, to nie była wcale taka zła zamiana.
Kalkulacja kosztów na bieżąco:
jedzenie podczas dnia w Stambule: 50 zł
15.02 niedziela
Plan był ambitny. A tam ...poetycki!
Ląduje w Maskacie o 4 rano. Odbieram wynajęty samochód. Jadę na plażę. Kładę się na piasku. Drzemka do wschodu słońca. Ja, szum fal, pierwsze promienia dnia. Instagram sam się robi...
Rzeczywistość? Trochę zimno (a ja jedna cienka bluza, bo bagaż ponad 40x30x15cm jednak był dużo, dużo droższy). Trochę ciemno (nie widać nawet linii wody). Trochę...jak w horrorze klasy B.
Okazało się, że romantyczne "prześpię się na plaży" w środku nocy w Omanie, o którym nie wiem jeszcze absolutnie nic oznacza: wiatr i chłod, podejrzane głosy i moje własne wyobrażenia, które pracują szybciej niż silnik wypożyczonego chińskiego auta. Cóż, plaża o godz. 4 brzmi lepiej w teorii... Po kilku minutach heroicznego udawania, że ja dam radę na tej ciemnej plaży, stwierdziłam: dobra, jedziemy dalej, w stronę zaplanowanych na kolejny dzień Gór Al Hadżar. W planie miałam pierwszy nocleg w Al Hamra, który udało mi się przełożyć o dobę, adekwatnie do zmian w lotach.
Po godzinie jazdy oczy zaczęły mi się zamykać w sposób mało negocjowalny. To zmęczenie po całodziennym zwiedzaniu Stambułu postanowiło przypomnieć o swoim istnieniu. Nie byłam już przekonana co do swojej jasności umysłu za kierownicą, więc zatrzymałam się...na pustyni. Rozłożyłam się na tylnych siedzeniach i natychmiast zapadłam w absolutnie szczery sen bez żadnych snów. Obudził mnie – upał. Nie – delikatne światło, nie – śpiew ptaków. Tylko pustynia, suche powietrze i upalny skwar, który miał mi juz towarzyszyć wiernie podczas każdego kolejnego dnia w Omanie.
Dojechałam do Nizwy lekko schłodzona klimatyzacją w aucie, by za chwile znów utopić się w skwarnym przedpołudniu. Spacer po suku (targu) to zupełnie inny rodzaj pobudki – zapachy przypraw i kadzideł, gwar rozmów, feria barw i słońce odbijające sie od jasnych murów. Pierwszy posiłek w hindusko-bangladeskim koffee shopie smakował jak nagroda za całą długą podróż do Omanu, wliczając gratisowy dzień na przesiadce. Mocna herbata, podana z mlekiem i jakimiś przyprawami, działała jak restart systemu. Świat znowu był logiczny.
Kolejny punkt programu Fort Bahla. Monumentalny, piaskowy, trochę jakby wyrósł prosto z ziemi. Niezła forteca, zaserwowała też ciekawe widoki na okolice.
W końcu po południu dotarłam do hotelu. Zameldowałam się i teoretycznie powinnam paść na łóżko. Ale nie. Bo skoro już tu jestem... a jutro juz będę gdzie indziej... Pojechałam jeszcze parę kilometrów obejrzeć starą tradycyjną wioskę z plantacją palm i tradycyjnym systemem nawadniającym falaj. Wąskie uliczki, gliniane domy, a potem już tylko cień palm i woda płynąca leniwie małymi kanałami. Zupełnie inny świat niż pustynia zalegająca wszędzie wokół.
I tak oto dzień, który zaczął się od "może prześpię się na plaży", skończył się pełnoprawną eksploracją północnego Omanu.
Mój "szatan"
Kalkulacja kosztów na bieżąco:
Wynajęcie auta na 7 dni: 1066 zł
jedzenie: 54 zł
bilet Fort Bahla: 32 zł
Nocleg Al Hamra: 133 zł
16.02 poniedziałek
Poranek w Al Hamrze zaczął się dokładnie tak, jak powinien zacząć się każdy dzień w podróży: spokojnym śniadaniem w lokalnym koffee shopie. Padło na samosy i dobrą herbatę, która dla mnie robi za kawę (nie lubię po prostu kawy). Siedziałam z miną osoby, która ma plan. A plan był ambitny: podjechać w góry pod szlak Balcony Walk. Normalnie. Małym, dzielnym sedanem w automacie, o niezidentyfikowanej mocy silnika. Tam, gdzie – jak głosi internet i zdrowy rozsądek – jeżdżą głównie auta z napędem na cztery koła (kilkanaście kilometrów offroadu, piach, ciągle pod górę). Ale przecież mój samochód tez ma cztery koła! A szczegóły są dla ludzi bez wyobraźni.
Droga stopniowo przestała przypominać drogę, a zaczynała przypominać luźną interpretację pojęcia "nawierzchnia". Kamienie, pył, zakręty, różnice wysokości. Mój mały samochód brzmiał chwilami jakby chciał powiedzieć: "słuchaj, umawialiśmy się na miasto, a nie na to". A ja z kamienną twarzą udawałam, że dokładnie tak miało być i że to wszystko jest zupełnie normalne, zupełnie możliwe. Potem jakiś pan na górze stwierdził, że on wjeżdżając 4x4 powiedział do żony, że osobówką nie dałoby rady. A Kasi sie dało. Dotarłam cała, auto też, choć przez moment automat rżnął pod górę na jedynce.
Zaparkowałam pod początkiem trasy Balcony Walk. Przebrałam się z sandałów w adidasy. Wyciągnęłam kanapkę. I wtedy pojawiły się one. Najpierw jedna, potem trzy, potem całe stado. Kozy. Otoczyły mnie z determinacją godną promocji w supermarkecie. Patrzyły na moja kanapkę jakby była wspólnym dobrem narodowym. Dopiero po chwili zorientowałam się, że stoję dokładnie na ich drodze z pastwiska, a one poganiane przez pastuszka zrobiły sobie tylko małą przerwę przy mojej osobie i moim autku. I mojej kanapce. Tak więc nie tylko blokowałam ruch lokalny, ale jeszcze prowokowałam zamieszki żywieniowe wśród kóz. Wycofałam się godnie. Kanapkę uratowałam. Zastanawiam się dotąd czy kozy lubia humus i hinduskie pity. Zjadłam sama, zanim wkroczyłam na długi szlak.
Szlak Balcony Walk wzdłuż krawędzi kanionu to coś między spacerem widokowym a bardzo subtelnym testem zaufania do własnych nóg. Wędrując górną częścią Wielkiego Kanionu Omanu (Wadi Ghul), człowiek czuje się jednocześnie zachwycony, malutki i niepokojąco świadomy grawitacji. Ścieżka prowadzi po skalnej ścianie, z oszałamiającymi widokami , które wyłączaja wszelkie myśli poza: "wow". Pod koniec trasy tak zwana opuszczona wioska – to w praktyce opuszczone gliniane chatki przykucnietę pod ścianą nad przepaścią, wyglądają jak dawno opuszczone schronki dla pasterzy. I tylko dzięki tak niepozornemu wyglądowi nie zinterpetowałam ich jako wioski, która miała być zwieńczeniem szlaku (powrót był tą samą drogą) i poszłam jeszcze dalej. Doszłam do trudno dostepnego stawiku, dalej juz iść się nie dało. Prawdopodobnie kiedyś był tam jeszcze wodospad (kto wie, może ciągle okresowo bywa – bo woda w stawiku jakoś się utrzymuje mimo wysokości i suchego klimatu). Dziś wyglądał bardziej na miesjce, w którym natura mówi: "To wszystko, co dziś dla ciebie przygotowałam. Resztę dopowiedz sobie sama"
Usiadłam, zwilżyłam ręce i twarz, sprawdziłam czy kozy mnie nie śledziły.
Powrót tą samą trasą był już mnie dramatyczny. Wiedziałam, że nie spadłam po drodze i że druga buteleczka wody zupełnie wystarczy, bym nie padła wysuszona słońcem. Zresztą północna ściana dawała coraz częściej o tej porze zbawienny cień.
Kiedy wracałam w stronę Maskatu na drugi nocleg, czułam sie jak osoba, która przejechała niepozornym sedanem kilometry momentami stromego offroadu, potem przeszła trasę z widokiem na bliską przepaść i nadal uznaje to za spoko dzień.
Oman ma w sobie cos niezwykłego. Sprawia, że nawet gdy stoisz przypadkiem na trasie przejścia zwierząt z pastwiska, czujesz, że to element większego planu. A jesli nie – to przynajmniej masz historię o tym, jak prawie przegrałas z kozami o kanapkę na krawędzi kanionu. I szczerze – cały ten dzień, to też jest forma zwycięstwa.
Kalkulacja kosztów na bieżąco:
jedzenie: 48 zł
paliwo: 66 zł
Nocleg Maskat: 76 zł














Komentarze
Prześlij komentarz