17.02 wtorek (Maskat - Dibab 130 km + podjazdy do kilku plaż)
Z Maskatu zaczęłam się kierować wybrzeżem na południe, w kierunku Wadi Shab. Koniecznie chciałam zobaczyć te słynne omańskie wadi, chociaż jedno...albo dwa. Ale ten dzień należał do spokojnego przemieszczenia się w tamtym kierunku i odwiedzenia kilku plaż po drodze.
Pierwszy przystanek jeszcze w okolicach Maskatu. Plaża… zaludniona. To znaczy było tam może siedem osób, ale w Omanie to już tłum. Kilku turystów, kilku miejscowych muzułmanów
Kąpiel w bikini? Hmmm, kwestia sporna. Niby oddaliłam się od tubylców i pływałam dzielnie, ale potem – sprint z ręcznikiem i błyskawiczne „okryj się, kobieto”. To był dokładnie ten scenariusz, którego się przed wyjazdem obawiałam. Woda cudowna, widoki boskie, a ja po wyjściu z morza w trybie „zakonnica na misji”. Uciekłam z tej plaży szybko.
Auto chyba podejrzewało , że w mojej głowie znów rozważam lekki offroad. Droga – bajka. Morze po jednej stronie, surowe góry po drugiej, a między nimi asfalt, który kusi: „Zjedź tu. Zjedź tam. Zobacz, co będzie”. I potem zaczęło się to, co w Omanie najlepsze. Co kilkaset metrów można zjechać z głównej drogi w kierunku jakiejś podejrzanie piaszczystej ścieżki i po chwili ląduje się w małej, ukrytej zatoczce. Bez ludzi. Bez budek z lodami. Bez parawanów. Bez wszystkiego. Morze turkusowe. Cisza. Ja.
I nagle okazuje się, że Oman to kraj, w którym możesz mieć prywatną plażę, jeśli tylko skręcisz w odpowiednim momencie. Kąpiele? Cudo. Takie z gatunku „czy ja naprawdę muszę kiedyś wrócić do Europy?”.
Ostatecznie dojechałam w okolice Dibab, gdzie dzień wcześniej zarezerwowałam nocleg. Pensjonat w stanie… rozwoju. Górne piętra w budowie, piach dookoła, brak ogrodzenia – pełna wolność architektoniczna. Z okna (lekko zakurzonego, w klimacie „industrial chic”) widok na morze gdzieś w oddali. Okolica pusta, ale wyraźnie aspirująca. Na dole: malutki hinduski bar, malutki hinduski sklepik,wędrujące samopas osiołki, i trochę dalej nowiutka stacja benzynowa pachnąca świeżością oraz wielki, niemal pusty sklep, w którym czułam się jak pierwsza klientka w historii.
Brzmi surowo? A teraz uwaga. Plot twist: pokój marzeń... Pokój okazał się… doskonały, ogromny. Wygodne łoże. Dobra klimatyzacja. Szybkie Wi-Fi. Łazienka, która nie próbowała mnie zabić. Byłam gotowa zostać tam dłużej. Serio. Tak kusiła wizja spokoju pustyni, morza w oddali i osiołków jako sąsiadów. W zasięgu kilku kilometrów - kilka jak nie kilkanaście rajskich pustych plaż czekających na eksplorację.
Wieczór zapadł teatralnie, koło 19. Pustkowie wokół pensjonatu przybrało odcień „tu kończy się mapa, dalej tylko przygoda”, a ja – głodna jak po trzech kąpielach i dniu heroicznego skręcania w losowe zatoczki – zeszłam do małego hinduskiego baru na dole, bar zewnętrzny w stylu trzy stoliki na piasku. Bar skromny. Bardzo skromny. W środku obsługa: sztuk jeden. Pozostała klientela: sztuk zero. Wokoło w cieniu nocy przechadzały się osiołki. Serio. Jakby wyszły na wieczorny spacer po pracy. W pobliżu czaił się też kot – ten typ, który wygląda, jakby zarządzał całym regionem.
Zamówiłam coś, co wizualnie przypominało małe pączki. Takie z klimatem pustyni. Smak? Jednak nie pączkowy, ale całkiem dobry. A kiedy już myślałam, że to koniec kulinarnej ekstrawagancji, pan z obsługi zniknął na zapleczu i wrócił z dodatkowym miodem. Tak po prostu. Na zasadzie: „czym chata bogata”. W środku omańskiego pustkowia. W barze wielkości większej łazienki. W towarzystwie osiołków i kota-dyrektora.
I teraz najlepsze. Ten skromny bar pośrodku absolutnego niczego… przyjął kartę. Zblizylam Vise. Pik. Zapłacone.
Gdzieś obok osiołek zapewne żuł coś filozoficznie, a ja właśnie realizowałam transakcję międzynarodową szybciej niż w niejednym europejskim bistro.
Przed wyjazdem wydedukowałam (przy stole, z kalkulatorem i ambicją finansowej optymalizacji), że płacenie Revolutem wyjdzie korzystniej niż wymiana euro na riale omańskie i operowanie gotówką jak w 1998 roku. I proszę. Teoria potwierdzona empirycznie w barze na końcu świata. Kontrast idealny. Z jednej strony: pustynia, budynek w budowie, brak ogrodzenia, osiołki na nocnym spacerze. Z drugiej: terminal płatniczy, Wi-Fi w pokoju, klimatyzacja jak w Dubaju, i międzynarodowa bankowość w akcji. Globalizacja, ale w wersji z miodem na pączku i kurzem na stoliku.
Siedziałam więc z tym moim omańsko-hinduskim pączkiem deluxe, patrzyłam w noc i myślałam, że to jest dokładnie ten rodzaj absurdu, dla którego warto podróżować. Bo umówmy się – kolację w restauracji z gwiazdką Michelin może zjeść każdy. Ale pączka opłaconego Revolutem, podanego w barze pośrodku niczego, w towarzystwie osła i kota? To już jest doświadczenie premium.
Wybrzeże na południe od Maskatu
Pustkowia wzdłuż wybrzeża
Mój chińczyk daje radę
Mój pensjonat po środku niczego
Kalkulacja kosztów na bieżąco:
Posiłek w barze: 20 zł
Zakupy w markecie: 19 zł
TIPY dla turystów:
Wszystkie plaże po odjechaniu od Maskatu były zupełnie puste. Można było korzystać do woli w bikini. Sklepów na trasie tyle co nic. W miasteczkach (nie wszystkich) koffee shopy, bary gdzie można tanio i bardzo smacznie zjeść.
Krajobraz pustynny.
18.02 środa ( Dibab - Wadi Shab - Bimmah Sinkhole - Dibab 75 km)
Rano - póki mam wifi - pytam pana od pokoju, czy mogę zostać tu jeszcze noc, a nawet dwie! a co tam! Pytam przez komunikator, bo pana nie ma na miejscu, nikogo chyba nie ma na miejscu poza Hindusem ze sklepiku i Hindusem z baru, kluczyk do pokoju był w schowku, szyfr przesłany w wiadomości. Pan się zgadza na przedłużenie pobytu i od razu na wynegocjowaną przez mnie niższą cenę. No to gra.
Mam 40 km do Wadi Shab. Już z daleka widać, że nie tylko ja wpadłam na pomysł zobaczenia jednej z najbardziej znanych dolin w kraju. Parking zawalony samochodami trochę psuje urok, no ale trudno, jednak nie jestem w tym Omanie sama, jak czasami się wydaje...
Kupuję bilet na łódkę, bo żeby w ogóle zacząć wędrówkę, trzeba przeprawić się na drugą stronę rzeki. Rejs trwa jakieś 40 sekund, ale emocje jak przy promie przez Bałtyk. Wysiadam. Jestem gotowa. Czuję ducha przygody. Duch przygody odpowiada: „To teraz idziemy. I to długo.”
Szlak zaczyna się niewinnie. Słońce świeci z determinacją.
Po kilkunastu minutach krajobraz zaczyna się zmieniać. Pojawiają się pierwsze turkusowe oczka wodne. Takie, które wyglądają jak render z folderu biura podróży. Woda przejrzysta, palmy, cień. Ludzie pływają z miną: „Warto było”.
Ja jeszcze idę. Bo podobno „najlepsze jest na końcu”. Oczywiście, że jest na końcu.
W końcu docieram do miejsca, gdzie wszyscy zdejmują buty. To znak. Teraz będzie wodnie. Buty, koszulkę i spodenki zostawiam na skałach, jak inni. W wodoodpornym worku przewieszonym przez ramiona zabieram telefon, dokumenty, klucze do auta.
Wchodzę do przyjemnej wody. Idziemy (płyniemy? brniemy?) dalej wąskim kanionem. Skały zbliżają się do siebie, robi się wąsko, często ślisko, i coraz częściej brak gruntu, głębia. I nagle w tej wodzie – mała szczelina między skałami. Nie wejście. Nie przejście. Otwór...otworek.
Taki, w którym mieści się głowa. I to nie w pozycji „dumny podróżnik”, tylko raczej „lekko przechylony flaming próbujący przeżyć”. Woda pod tobą – głęboka. Skały wokół – blisko. Przestrzeń na manewr – symboliczna. Wpływam powoli, starając się nie uderzyć głową, nie wpaść w panikę.
Próbuję znaleźć jakikolwiek uchwyt dla rąk. Coś. Cokolwiek.Ale skały są gładkie, mokre i ewidentnie nie współpracują.
To moment, w którym człowiek rozumie, że jego życie zależy od spokojnego machania nogami.
Wpływam do środka. Skały zamykają przestrzeń wokół jak naturalna kopuła. Świat zewnętrzny znika. Z jednej strony, wysoko u góry, przez skalne „okienko” spływa mały wodospadzik. Światło wpada smugą i robi z całej tej sceny teatr natury. W tej jaskini czas zwalnia. Nikt się nie spieszy.
Siedzę w tej wodzie i myślę, że Oman ma dziwną strategię marketingową. Najpierw daje ci pustkę, kurz, kamienie i słońce w wersji „hardcore”. A potem nagle: turkus, cień, chłód i krajobraz jak z bajki.
To trochę jak z pączkiem w małym barze pośrodku niczego – skromnie, niepozornie, a potem dodatkowy miód „czym chata bogata” i człowiek jest wzruszony.
Pół godziny drogi dalej Bimmah Sinkhole, znanym lokalnie jako Hawiyat Najm, czyli „Studnia Spadającej Gwiazdy”. Legenda mówi, że dziurę zrobiła spadająca gwiazda. I trzeba przyznać – wygląda jak po kosmicznym pierdyknięciu.
Ale geologia jest mniej romantyczna.
Bimmah Sinkhole to zapadlisko krasowe powstałe w wyniku rozpuszczania wapieni przez wodę, tworzenia się podziemnych pustek i jaskiń, i zawalenia się stropu takiej pustki.
Włożenie nóg do wody od razu uruchamia fish spa. Małe towarzyskie rybki podgryzające stopy w Sinkhole to najczęściej brzana ssąca – Garra rufa, znana też jako „doctor fish”. Tak, to dokładnie te same, które w innych częściach świata robią karierę w salonach spa. W Omanie pracują na wolnym powietrzu i nie wystawiają rachunków.
W Wadi Shab
Wadi Shab
Sucha dolina - Wadi Shab
Wadi Shab - przeprawa wodą
W Wadi Shab
Przeprawa przez Wadi Shab
Bimmah Sinkhole
"Studnia spadającej gwiazdy"
Kalkulacja kosztów na bieżąco:
Zakupy w markecie: 5 zł
Łodka do Wadi Shab: 10 zł
Obiadokolacja: 28 zł
TIPY dla turystów:
WADI SHAB. Parking jest darmowy, szybko się zapełnia, możliwe zostawienie samochodu wzdłuż ulicy. Wstęp do doliny Wadi Shab bezpłatny. Bilet na łódkę kupuje się na miejscu i konieczna jest gotówka (1 OMR), nie trzeba rezerwować, bilet działa na przeprawę w dwie strony.
Spacer około 2 km w warunkach górskich, ścieżka po skałach. Wózki niemożliwe. W oczkach wodnych po drodze można się kąpać. Ostatni odcinek można pokonać tylko drogą wodną - powszechne pozostawianie ubrań i butów przed przeprawą, gdzie sporą część ludzi zostaje i czeka.
Stroje europejskie.
BIMMAH SINKHOLE. Parking darmowy. Teren jest ogrodzony ("park") ale wstęp darmowy. Obowiązuje strój z poszanowaniem kultury muzułmańskiej: kobiety – zakryte kolana i ramiona,
panowie – bez paradowania w samych mikro-szortach jak na Ibizie. Kąpiel na własną odpowiedzialność.
Komentarze
Prześlij komentarz